poniedziałek, 27 grudnia 2010

Joanna Mueller "formatka"


Po pierwsze – wiersz rodzinny, bo akurat siedzę u rodziców. Po drugie – zbliża się koniec roku, więc wypada przypomnieć, co dobrego wyszło w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Po trzecie – miłe sąsiędztwo dla poety poniżej...
Z tomiku Wylinki.

formatka


pramatka prymatka heimatka
sublimatka aromatka amalgamatka
fantazmatka miazmatka symptomatka
stygmatka charyzmatka schizmatka
astygmatka izochromatka pryzmatka
reformatka anatematka ekstrematka
poematka suprematka supermatka
enigmatka emblematka epigramatka
monodramatka gramatka idiomatka
problematka paradygmatka sofizmatka
monotematka kategorematka syntagmatka
dyplomatka optymatka dylematka
estymatka panimatka sarmatka
systematka schematka automatka
normatka aksjomatka kazamatka
obsesjomatka traumatka złamatka

s z a r a n a g a m a m a


[matnia]

niedziela, 5 grudnia 2010

Miron Białoszewski "Zaznaczam: mogłem się przesłyszeć"


O Mironie Białoszewskim (1922-1983) i o jego poezji On sam (bez podawania źródeł): „Nie miałem wyskokowych wydarzeń w rodzaju: służba w lekkiej kawalerii, podróż po Antarktydzie. Nie miałem. To, co najciekawsze, działo się w wyobraźni. Bo ja jestem typem kontemplatywnym.” „Czyli pisanie i życie idą razem. A chwilami są tym samym.” „Z każdej codzienności robi się rzeczywistość, a więc autentyczność. Nawet jeżeli sztuczna.” „Staram się dawać w moich wierszach wyraz nowym kategoriom doznań i pojęć, i to spotyka się często z niezrozumieniem. W moim przekonaniu wyrażanie nienazwanych właśnie uczuć — jest celem poezji.”
Z tomu Obroty rzeczy (1956) jedna z Grotesek:

ZAZNACZAM: MOGŁEM SIĘ PRZESŁYSZEĆ


Tekla Tekla Tekla Tekla
Teklo, zegar cię woła...

Nie ma Tekli,
wyjechała Tekla.

Jakże Tekla wyjechała,
kiedy krzesła zamknięte
doniczki zamknięte
żyrandole zamknięte —
jakże ona wyjechała?

Tekla Tekla Tekla Tekla
Teklo, zegar cię woła...

Nie było Tekli,
nie było,
nawet gdyby lustro w lustrze
w lustrze lustro
lustro w lustrze —
nie było jej,
nie było.

Teklo...

I zegar usnął.

niedziela, 28 listopada 2010

Bolesław Leśmian "W czas zmartwychwstania"

Jacek Malczewski, Zmartwychwstanie, olej na płótnie, 1900

W CZAS ZMARTWYCHWSTANIA


W czas zmartwychwstania Boża moc
Trafi na opór nagłych zdarzeń.
Nie wszystko stanie się w tę noc
Według niebieskich wyobrażeń.

Są takie gardła, których zew
Umilkł w mogile - bezpowrotnie.
Jest taka krew - przelana krew,
Której nie przelał nikt - dwukrotnie.

Jest takie próchno, co już dość
Zaznało zgrozy w swym konaniu!
Jest taka dumna w ziemi kość,
Co się sprzeciwi - zmartwychwstaniu!

I cóż, że surma w niebie gra,
By nowym bytem - świat odurzyć?
Nie każdy śmiech się zbudzić da!
Nie każda łza się da powtórzyć!


Jeszcze jeden wiersz ze Spojrzystości.

czwartek, 25 listopada 2010

Aleksander Wat "Trzy sonety"


Aleksander Wat w styczniu 1953 roku zapadł na zespół Wallenberga, chorobę powodującą uporczywe i dojmujące bóle.
W Dzienniku do samogłosek poeta pisał: „Nieustające bóle doprowadziły X... do tego, że budząc się rano i odnajdując ból pozostawiony „u bram” snu, pocieszał się słowami, że i ten dzień zleci prędko i znów nastąpi noc, zażyje barbituratów i zaśnie nie wiedząc kiedy (przeważnie w momencie, kiedy już utracił nadzieję na sen). Ale po wielu, wielu miesiącach choroby pociecha snu ustąpiła miejsca innej nadziei: że już nie dzień, ale życie zleci prędko i nastąpi sen bez snów. Wielka nadzieja na nicość. Wielka obietnica nicości. Okrucieństwo wiary: że odbiera tę nadzieję, że cofa obietnicę.”
Nieuleczalna choroba po czternastu latach cierpień doprowadziła Wata do samobójczej śmierci.
Trzy sonety to część cyklu W okolicach cierpienia z tomu Wiersze (1957).


TRZY SONETY

Prof. Dr Zdzisławowi Aksanasowi

1


Spać. Choćby dopełnić się miało,
na co czekano z drżeniem od wieków zarania.
Jak senny, jak uchylny jest duch i ciało
w godzinie rozstania.

Spać. Spać w tym obcym ogrodzie,
gdzie Mistrz nasz łka i kona, od wszystkich opuszczony.
Sieci rzucone na brzeg, na wodzie śpią łodzie,
w drzewach wiatr uśpiony.

Spać. Przespać wieczność całą,
śmierć i zmartwychwstanie, piekło i zbawienie.
Albo potępienie.

Kiedy mnie obudził, oko tylko spojrzało.
Ręce były umarłe, usta oniemiałe,
Serce skamieniałe.


2


Czarno. W świątyni zasłona rozdarta.
Kości rzucone w piasek. I gąbka octem upita.
Sen, sen kamienny bez snów spadł na wartę.
(Czy nigdy już tu nikomu dzień nie zaświta?)

Jak ciepło. Noc wygwieżdżona. Iście
Kwietniowa noc to. Czarom jej poddani
Nie drgną ludzie, nie zadrżą liście.
(Eli, Eli, lamma sabahtani.)

Cicho. Szakal tylko z pustyni zaszczeka.
Kur zmylony zapieje. I znów jest cicho, błogo.
(Nikt stąd nie odejdzie? nikt nie przyjdzie tą drogą?)

Gdy ciszę dziko rozdarł głos człowieka:
sama śmiertelnie senna, w ciżbie śpiących ludzi,
Matka usypia Syna, kiedy się zbudził z krzykiem.


3


Do grobu złożył Go mąż z Arymatei
i nakrył ciosowym kamieniem.
I siadł na pokucie, by płakać nadzieji,
która jest-że tylko złudzeniem?

W nocy przybiegły dwa serafimy.
Odwalili kamień i rzekli: Wstań, Panie!
i rękę podali, by wstał i szedł z nimi,
żeby się spełniło Boże zmartwychwstanie.

Nie wstanę! – rzekł do nich. – Nie wstanę dopóty,
dopóki i człowiek nie będzie wyzwolon
od śmierci i bolu.

Od dawna już Józef ów powstał z pokuty.
I w proch już obrócon... A On ciągle czeka
na wyzwolenie człowiela.

Vence, wrzesień 1956

poniedziałek, 15 listopada 2010

Film o Josifie Brodskim

Wczoraj poznaliśmy laureata konkursu głównego w ramach Sputnika nad Polską - 4. Festiwalu filmów rosyjskich w Polsce 2010. Jury pod przewodnictwem Andrzeja Żuławskiego przyznało Grand Prix Sputnik dla filmu Półtora pokoju w reżyserii Andrieja Chrżanowskiego, inspirowanego twórczością Josifa Brodskiego.

niedziela, 7 listopada 2010

Bolesław Leśmian "Spojrzystość"


Wiersz otwierający genialny cykl pod tym samym tytułem z tomu Napój cienisty (1936).

Spojrzystość


Rozełkanych rusałek nagłe sto tysięcy
Wypłynęło na księżyc, by istnieć mniej więcej.

Wodo, wodo - gdzie jesteś? Tu jestem, gdzie płynę!
Pogłaskały powierzchnię, miłując głębinę.

Ile ciał - tyle smutków... A woda spojrzysta,
By zobaczyć je do cna - ze świateł korzysta.

Bada światłem, a sprawdza umówionym cieniem,
Falując aż do brzegu podwodnym spojrzeniem.

Ale to - nie spojrzenie! To raczej - spojrzystość,
Co nie może tam dotrzeć, gdzie łka rzeczywistość.

Ślepym srebrem zaledwo spojrzyścieje w światy.
Srebru śni się, że szumi i polewa kwiaty.

Woda roi, że mgły się za ręce w blask wiodą,
Lecz ciał zlękłych nie widzi. Co począć z tą wodą?

Okna twoje - otwarte. Sny oczu nie strzegą,
A ty na mnie nie patrzysz. Dlaczego, dlaczego?

wtorek, 26 października 2010

Joanna Mueller "niedomówka. nutka biograficzna"


Joanna Mueller (ur. 1979), neolingwistka: „Niektórym czytelnikom wiersze lingwistyczne czy poezja konkretna wydają się tylko jałową ekwilibrystyką. Ja do tego podchodzę zupełnie inaczej. Wszystko zaczyna się od wiary - od wiary poetów w to, że słowo ma moc, że język to narzędzie magiczne. W poezji nie interesuje mnie bierne opiewanie istniejącego świata, lecz badanie, w jaki sposób owo "opiewanie" (sposób opisu, użycie odpowiednich środków językowych) wiąże się z rzeczywistością - czy słowo wpływa na rzecz, czy znaczenie może wywoływać zdarzenie, czy język potrafi zmienić "postać świata", czy mowa ma moc performatywną, czy nasze prywatne idiolekty wpisują się w jakąś większą opowieść?” (tutaj)
Wiersz z tomu Zagniazdowniki (2007).


niedomówka. nutka biograficzna


Bruno Schulz w chwilach lęku
kreślił palcem
w powietrzu
kształt
domu.

przystań
zagraj w losto
a potem idź dalej
do mowy rozsypka azyl
przecież lepsze pielesze niż
do wynajęcia słoneczny niepokój
niewymawialny to znaczy nie można
wymówić go nam aż do rachunków sumienia
które przyjdzie przypłacić sobą kiedy w przeciągu
przechodnim gdzie zmysły w amfiladzie stanie
właścieciel Komornik ze swą żoną Śmierdką
Trupienką ale zanim wprowadzą się w sztafaż
zalęgną się tu zalękną miłość i inne zarazy sorki
tupaje gołyszki almiki zmorne kołatki duchy
powrotniki stroszki omacnice i przejęzyczniki
jadowite (linguisticus mistucus variatio ironicus)
na ścianie zmaluje monidło jakiś chałupnik liryczny
a we mnie zamieszkają twoje wewnętrzne zamieszki
archipelagi snów postradanych z bezdomności
wykorzeniamy uchronie te latarnie po Dziadku
Utopku już trwa docieplanie już adres się staje
mieszkaniem tunel w światełku z popielnika mruga
zamieszkiwać pod dachem języka potem znaleźć
w języku pochówek

nie da się pisać wiersza w kształcie domu
nie da się pisać domu w kształcie wiersza
(teraz pokaż róźnice między obrazkami)

środa, 20 października 2010

Roman Honet "ptak już nigdy"


Mały zbieg okoliczności. Zaraz po tym jak puściłem na Sfereo echa jednego głosu, Biuro Literackie zapowiedziało premierę nowego tomiku Romana Honeta. Piąte królestwo ukazać się ma w styczniu 2011 roku, a na stronie wydawnictwo można już przeczytać kilka wierszy z tej pozycji. Poniżej jeden z nich. Ośmielamy naszą wyobraźnię i uzbrajamy się w cierpliwość.




ptak już nigdy



także i ci, którzy w zamyśleniu
skonstruowali szelest sekatora,
wzniecili w miejscu domu wysokie ognisko,
żal - wyszeptali. także i ci,
którzy utknęli w braku - pustce uzbrojonej,
i pomyśleli o plażach okrytych wichrem,
i o żegludze, jak gdyby mieli dokąd zmierzać,
dokąd iść. moi ogrodnicy
czepiający się prochu. moje
wszystko. jakby to stało się
dawno, nie tu. jakby
to nie nad nami działa się miłość.
miłość - ptak już nigdy

poniedziałek, 18 października 2010

Aleksander Wat "Przed weimarskim autoportretem Dürera"



Przed weimarskim autoportretem Dürera
(w dwóch wariacjach)


1 Twoje ciało zielenieje z przerażenia, gdy budzisz się w nocy. By grozie stawić czoło godnie, nagi stajesz przed lustrem ze świecą w ręku. Każde włókno ciała z grozy omdlewa ze strachu truchleje. Jak strasznie jest spotkać w nocy własny obraz, gdy to budzi się w nocy: „Przyjdź” woła „Przyjdź kotku”. A potem bez ceregieli: „Wróć!” Jak kapral do rekruta, co łudzi się zejść z pola walki, Daremnie. Piece ju rozpalone. Dymy idą ku niebu. „Wróć” rozkazuje kapral. A ty wiesz, że donikąd. Do nicości. Która jest skłębieniem przerażeń podnoszącym włosy na głowie praarchaicznej Meduzie. 2
„Skąd?” – „Od śmierci.” – „Dokąd?” – „Do śmierci.” „A ty?” – „Z życia. Do życia.” „Kto ty jesteś?” – „Ja jestem Ty. Jak w lustrze: ty jesteś moim odbiciem. Albo odwrotnie.” – „Jak ustalić, kto czyim jest odbiciem?” – „Nie ustalisz. Lustra nie ma.” Lustra nie ma. A przecie widzę swoje ciało przerażone oblewane wolno spływającymi dreszczami lęku w liturgicznej zieleni świecy. Lustra nie ma. Jest tylko oczarowanie. Jest tylko echo, które nie wie czyim jest echem? Czy czyimś jest echem? Zawsze słyszało tylko głos swój własny, zawsze z siebie się tylko odradza, Feniks przedziwny, wieczna zjawisk partenogeneza. Dokąd? Do śmierci. Dokąd? Do życia. Jest tylko ja, lecz i ono nie wie, czyim jest ja? Czy czyimś jest ja? A nadzieja? Ona, owszem, odzywa się jak ptaszę w nocy, gdy wszystkie głosy zmilkły, gdy wszystko śpi, gdy wszystko umarło i wszystkie nadzieje wygasły. (Paryż, lipiec 1956)



Pisał Wat w swoim Dzienniku bez samogłosek: „X ... często robił rachunek sumienia – bilans życia, widząc je w coraz innym oświetleniu, zanurzając określone partie, gesty, słowa, uczynki i w mrok zapomnienia lub zlekceważenia, inne wystawiając w świetle a giorno, przewartościowując je, nadając każdemu fragmentowi coraz to inny sens i wartość. Gdybyż skonfrontować te wszystkie cząstkowe, zmienne sensy i oceny, scałkować, znaleźć jeden ostateczny sens? Albo bezsens?”


Tutaj krótko o autoportretach Albrechta Dürera.

sobota, 16 października 2010

Roman Honet "echa jednego głosu"


Tom "serce" (wiersze pewnego lata) z 2002 roku.

echa jednego głosu


czas nie zna żadnych okrucieństw,
oprócz ciszy po nas. każdego lata
pali ziemię lawina wczorajszych śladów,
rzeka obmywa usta spuchnięte od rozgryzania głogu
i ciemnych liter na brzegach podartego
w milczeniu pisma. ciągle jeszcze
należymy do minionych pożarów,
odblasków czystych jak wracający z anglii,
blady hrabia st ivens. tygodnie
nasycają krwiobieg spienioną kością,
kiedy przyłapujemy się w windach,
szpitalach, lustrach. ciemność,
okręgi wody i zwijająca się głębia

aż tu doszliśmy


poniedziałek, 11 października 2010

Marcin Świetlicki "Korespondencja pośmiertna"


Kawałek Świetlickiego ze Schizmy (1994).

Korespondencja pośmiertna


Otóż: w jakiś tam sposób nie byłem ci wierny;
istniał świat. A to rozprasza. Ja budziłem się
i żyłem, dotykałem, jadłem, rozmawiałem,
piłem wino i grałem w ludzkie gry, jeździłem
koleją i pozowałem do zdjęć, rozproszyłem się,
wybacz.

Otóż: w jakiś tam sposób nie byłam ci wierna,
byłam zajęta w innych miejscach, w innych
ludziach, prócz ciebie miałam pory roku,
zwierzęta, drzewa, wojny, dzieci, wielką przestrzeń
do ogarnięcia. Dopiero teraz zostanę przy tobie,
wybacz.

I teraz będzie wszystko? Nie będzie niczego.
Kapelusze i dachy, korony drzew, wieże,
drogi i tory kolejowe, rzeki - stąd widziane
rozpłyną ci się zaraz. Pozwoliłam sobie
zrobić dopisek na twojej kartce pocztowej,
wybacz.

niedziela, 26 września 2010

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki "Piosenka o zależnościach i uzależnieniach"


Zeszłoroczny laureat Nagrody Literackiej Nike, czyli fragment Piosenki o zależnościach i uzależnieniach Tkaczyszyna–Dyckiego.


XII.

przyjaciel to ktoś kto po latach
niewidzenia przychodzi do twojego domu
z pakunkiem pięciu sześciu
książek lecz bądźmy szczerzy

nie naprzykrza się sobą
gdy mu powiedzieć
wybacz mój drogi ale książki
nie są nam już potrzebne



XIII.

bądźmy szczerzy księgozbiory nie są nam
dziś potrzebne przeczytaj nekrolog
Stefana Piotra Strześniewskiego (1928-2006)
lub Danieli Głąbińskiej (1921-2006)

nie opowiadaj więc o przepastnych rodzinnych
bibliotekach niczego od ciebie nie wezmę
ale nie oddalaj się ode mnie napisz koniecznie
i bezzwłocznie długi list po powrocie

do Wielkich Oczu wybacz mój drogi
księgozbiory nie są nam już niezbędne
do życia musisz się z tym pogodzić
przeczytaj nekrolog częstochowianki Głąbińskiej



XIV.

musisz się z tym pogodzić że księgozbiory
nie są nam już niezbędne musisz i to udźwignąć
przeczytaj nekrolog przedwcześnie
zmarłego Mateusza Dąbrowskiego (1985-2002)

wybacz mój drogi musisz się z tym
uporać że nekrologi będą zawsze
czymś więcej aniżeli współczesna poezja
polska na którą nikt się nie rzuca

środa, 22 września 2010

Paul Celan i Ingeborg Bachmann "Czas serca"


Wydawnictwo a5 zapowiedziało wydanie korespondencji Paula Celana oraz Ingeborg Bachmann (część z tego została opublikowana w Literaturze na Świecie, pisałem o tym). Książka nosić będzie tytuł Czas serca i ma ukazać się jeszcze w tym roku.

Wydaje mi się to dość dziwne. Wydawcy oferują nam kolejny tytuł o Paulu Celanie w momencie, gdy jego twórczość jest na polskim rynku niedostępna.

6 listopada odbędzie się spotkanie literackie z okazji wydania książki, tym razem w Krakowie. Ponownie Krynicki oraz Helmut Böttiger, Peter Hamm, Andrzej Kopacki i Łukasz Musiał.
(może ktoś wpadnie i zapyta, czemu to tak dziwnie?)

sobota, 11 września 2010

Józef Czechowicz "modlitwa żałobna"


Włączyłem radio. Donoszą, iż dziewiąta rocznica ataku na World Trade Center odbywa się w bardzo niespokojnej atmosferze. Ktoś ostrzega przed III wojną światową. Prezenter puścił Perfect Day Lou Reeda.
Przed dziewiętnastą udało mi się obejrzeć zachód Słońca z mojego balkonu. Wszędzie był szaro, pogoda już jesienna, tylko niewielki fragment nieba, dziura w chmurach świeciła intensywną czerwienią. W tym samym czasie, gdy na moich oczach znikało Słońce, ze wschodu nad miasto nadciągały balony. Chyba z dziewięć, co raz bliżej mojego osiedla. Doskonale było widać jak z palników załoga jednego z nich wypuszczała ogrzane powietrze.
Dziś mam więc nastrój iście apokaliptyczny. Najlepsza na taką okazję jest nuta człowieka, ostatni tomik Czechowicza, wydany latem 1939 roku. Zbiór wierszy poety, który posiadam, jest bardzo stary i wydziela specyficzny ostry zapach. Książka latami musiała leżeć otulona grubym kurzem. Od dłuższego czytania boli głowa.


modlitwa żałobna


że pod kwiatami nie ma dna
to wiemy wiemy
gdy spłynie zórz ogniowa kra
wszyscy uśniemy
będzie się toczył wielki grom
z niebiańskich lewad
na młodość pól na cichy dom
w mosiężnych gniewach
świat nieistnienia skryje nas
wodnistą chustą
zamilknie czas potłucze czas
owale luster

póki się sączy trwania mus
przez godzin upływ
niech się nie stanie by ból rósł
wiążąc nas w supły
chcemy śpiewania gwiazd i raf
lasów pachnących bukiem
świergotu rybitw tnących staw
i dzwonów co jak bukiet

chcemy światłości muzyk twych
dźwięków topieli
jeść da nam takt pić da nam rytm
i da się uweselić

którego wzywam tak rzadko Panie bolesny
skryty w firmamentu konchach
nim przyjdzie noc ostatnia
od żywota pustego bez muzyki bez pieśni
chroń nas

piątek, 10 września 2010

Friedrich Hölderlin "Noc"


1
Styczeń 1802. Hölderlin przybył do Bordeaux we Francji, by objąć funkcję guwernera w domu konsula hamburskiego, Daniela Meyera. W połowie maja z nieznanych przyczyn rzucił wszystko i ruszył pieszo do Niemiec. Kilka dni spędził w Paryżu. Następnie, maszerując przez góry, pod upalnym słońcem południa, objawił mu się Apollo albo Dionizos, z którym wdał się w dyskusję. Dotarł do Stutgardu, po czym wieść o nim przepadła na kilka tygodni.
Lipiec. Johanna Hölderlin wraz z córką wybrały się na spacer po ulicach miasteczka Nürtingen. Przechodząc przez most, dostrzegły wychudzonego, obszarpanego włóczęgę, który stał oparty o barierkę i patrzył półprzytomnie w nurt rzeki Necker. Był to Friedrich. Kobiety zabrały go do domu. W kilka dni potem, Hölderlin otrzymał list zawiadamiający o śmierci Susette Gontard, ukochanej poety. Wkrótce pogrążył się w szaleństwie.

2
Poezję Hölderlina odkryto dopiero pod koniec XIX wieku, wiele lat po śmierci pisarza. Zafascynowali się nią m.in. Friedrich Nietzsche, Rainer Maria Rilke, Thomas Mann, Martin Heidegger, Paul Celan, czy Hermann Hesse. Autor Wilka Stepowego napisał w swej Krótkiej biografii: “Wszystko to [kanon literatury niemieckiej] czytałem chętnie, aż nagle wśród tekstów znalazłem coś zachwycającego, coś co mnie całkowicie oczarowało. Chwila najpiękniejsza w mym życiu. Był to fragment Nocy Hölderlina. Tych kilkanaście linijek... Oto poezja! Oto poeta!”
Wiersz, który tak zachwycił Hessego to pierwsza strofa elegii Chleb i Wino (Brod und Wein), napisanej heksametrem zimą 1800-1801. Poniżej dwa różne przekłady tegoż ustępu.

A. Libera, Noc dziejów nadal trwa, w: Friedrich Hölderlin, Co się ostaje, ustanawiają poeci, Gdańsk 2009.
A. Milska, Wstęp, w: Fryderyk Hölderlin, Pod brzemieniem mego losu. Listy – Hyperion, Warszawa 1982.



Noc



Miasto już odpoczywa. Turkot ostatnich powozów
Migoczących światłami oddala się i ulica
Cichnie w poświacie latarni. Syci słodyczy dnia,
Ludzie śpieszą do domu, by tam w spokoju i ciszy
Ocenić zysk i stratę. Opustoszał też rynek;
Zniknęły ze straganów winogrona i kwiaty,
I wszelkie rękodzieło. Tylko z dalekich ogrodów
Dochodzi cicha muzyka. Struny potrąca zapewne
Ktoś zakochany lub taki, co jest sam i wspomina
Młodość i dawnych przyjaciół. Słychać też wieczne źródła
Bijące z wonnego gruntu, i dzwon w gęstniejącym mroku,
I głos czuwającej straży, gdy ogłasza godzinę.
I wiatr powiewa chwilami, wzburzając korony drzew,
I oto tajemniczo, niby cień naszej ziemi,
Wschodzi powoli księżyc. Nastaje noc, marzycielka,
Rozgwieżdżona, wyniosła, nie licząca się z nami,
I srebrna, zagadkowa, jakby z innego świata,
Króluje majestatycznie i smutno tam, nad szczytami.

Antoni Libera




Wokół miasto spoczywa; świecą lampy uliczne,
I wśród błysków pochodni pędzą z szumem pojazdy.
Syci dnia uciechami, spieszą do domów przechodnie,
Gdzie swój zysk i swą stratę mierzyć będą rozważnie
W miłym, błogim dostatku; kiście wina i kwiaty,
I rękodzieła wyroby znikły z rynku gwarnego.
Ale gra strun rozbrzmiewa z ogrodów dalekich; bo może
Ktoś zakochany tam gra albo mężczyzna samotny
Dawnych przyjaciół wspomina i młodość; i źródła pierzchliwe
Sączą się nieustannie, szemrzą wśród grządek pachnących.
Cicho w zmroczonym powietrzu rozkołysane brzmią dzwony,
I wykrzykuje strażnik bieżącą właśnie godzinę.
Powiew się teraz podnosi i w parku drzewami kołysze,
Patrz! i naszej planety odbicie cieniste, księżyc,
Wschodzi już tajemniczo; noc marzycielka nadciąga,
Pełna gwiazd i o los nasz nie troszcząca się wiele.
Błyszczy wspaniała tam, wśród ludzi obca przybyszka,
Ponad szczytami wzgórz, smutna i zdumiewająca.

Andrzej Lam

sobota, 4 września 2010

premiera biografii Paula Celana autorstwa Johna Felstinera


W końcu ukazała się w Polsce - uchodząca za wybitną - biografia Paula Celana autorstwa Johna Felstinera. Książkę Paul Celan. Poeta. Ocalony. Żyd na nasz język przetłumaczyli Maciej i Małgorzata Tomal. Pozycję przygotowało Wydawnictwo Austeria.

Ponadto 15 września w ramach festiwalu Łódź Czterech Kultur odbędzie się spotkanie literackie z okazji premiery książki Felstinera. W Klubie Szafa o książce i samym Celanie dyskutować będą Ryszard Krynicki, Krzysztof Czyżewski, Zdzisław Jaskuła oraz Wojciech Ornat. Impreza planowana jest na godzinę 16.00 i jest za darmo.
Gdyby jeszcze bilety PKP do Łodzi były za darmo lub chociaż o połowę tańsze, to bym specjalnie pojechał. A tak ledwo mnie stać na samą książkę (koniec wakacji!). Mam nadzieję, że ktoś tam się wybierze i zda mi relację (Panowie z Białej Fabryki, liczę na Was!).

piątek, 3 września 2010

Stanisław Barańczak "Drogi kąciku porad"


1
Dobry wieczór. Późny wieczór. Piątek. Cieszę się, że nie siedziecicie właśnie przed telewizorami, jak wielu zmęczonych polskich ojców i gospodyń po ciężkim tygodniu pracy. Jeśli w zamian zajrzeliście na Sfereo, w nagrodę Wasz prezenter będzie dziś wyjątkowo wylewny.


2
Kiedyś wymyśliłem, że wyślę Barańczakowi do Massachusetts jedną z jego książek wraz ze znaczkiem zwrotnym, by mi wpisał dedykację i wysłał z powrotem. Dziś śniło mi się, iż poeta gościł na Uniwersytecie w Białymstoku. Pomyślałem, po co wysyłać, podejdę i poproszę, podpisze książkę na miejscu.
    - Panie profesorze - ledwo go złapałem po spotkaniu autorskim - ma Pan chwilkę?
    - Przepraszam, spieszę się - nawet na mnie nie spojrzał.
    - Chciałem tylko, aby podpisał Pan książkę... - zdyszany, mówiłem z trudem.
    - Przykro mi
    - Bardzo proszę. Bardzo mi zależy. Chciałem wysłać książkę do Stanów, aby mi Pan podpisał...
    - Niestety, spieszę się
Nie poddałem się, wyciągnąłem z plecaka wydane kilka lat temu Wiersze zebrane. Przed spotkaniem lało niemiłosiernie. Okazało się, iż książka doszczętnie przemokła. Nic. Postanowiłem mu ją wcisnąć. Woda lała mi się po ręcę, jakbym trzymał nie wyciśniętą szmatę. W końcu Barańczak wziął książkę, położył na parapecie i otworzył na spisie treści. Tam nabazgrał czerwonym piórem dedykację.
    - I tak to się zaraz rozmaże. Papier jest całkiem mokry - burknął pod nosem i odszedł.


3
Najchętniej puściłbym Wam Widokówkę z tego świata w całości. Tak się ją powinno czytać. Były takie czasy, gdy w radio puszczano całe płyty, od początku do końca. Pamięta ktoś na przykład stare MiniMax w Trójce? Ja nie, ale znam wielu, dla których był to jedyny dostęp do zachodnich albumów. Nie można było kupić w sklepach, to się zgrywało na kasety. Ale Widokówka jest dostępna, także ponownie tylko jeden wiersz. O tak, uwielbiam ten tomik. Wymyśliłem nawet zarys scenariusza do filmu na jego podstawie. To byłaby chyba pierwsza adaptacja tomiku poetyckiego w historii kina. Typowa niedziela polskiego inteligenta na emigracji. Tymczasem, przy codziennych czynnościach, główny bohater recytowałby wiersze z offu, jarmuschowskie ujęcia Newtonville i Bostonu, w nagłych momentach wyobraźnia reżysera wymykałaby się z jego głowy, ukazując się na ekranie, teledysk do poezji...


Drogi kąciku porad


1
Drogi kąciku porad, choć z natury
spokojny, wpadam wciąż w depresję, widząc
krew. Późny wieczór , włączam telewizor:
znów akt terroru, trupy dzieci. (KTÓRY
Z NAS, TELEWIDZÓW, NIE ZNA TAKICH ZGRYZOT! /)
Snu! (LECZ NIE NASZĄ JEST WINĄ PONURY
I KRWAWY / BIEG SPRAW ŚWIATA.) Po raz wtóry:
Chcę spać! (WYSTARCZY SPOKÓJ, KILKA WIZYT /
U TERAPEUTY.) Wieczna bieganina
sanitariuszy, dym z ruin, kobiety
załamują ręce: czy świat zapomina
o nas, niewinnych, których nie ciekawi
zło? W rezultacie dręczy mnie, niestety,
bezsenność. (WIĘCEJ SPACERÓW. MNIEJ KAWY.)

2
Drogi słowniku doktryn filozofów,
proszę o pomoc, bo tracę apetyt,
gdy przy śniadaniu w twarz skacze z gazety
kościsty głód. (I ZNOWU CZŁOWIEK, ZNOWU
Z PROBLEMEM!) Wynajdź mi system. (KONKRETY /
CZYICHŚ TRYWIALNYCH POTRZEB TO NIE POWÓD,
ABY / PRZYMNAŻAĆ WIAR WŁASNEGO CHOWU.)
Kto mi przywróci spokój? (Z DAWNYCH ETYK - /
STOICYZM.) Jak mam przełknąć bezsens nieszczęść?
Nie mogę jeść, gdy znów na zdjęciu człowiek
irracjonalnie zdycha. Zdrowie jeszcze
stracę, jeżeli nie znajdę zasady
w tej miazdze. Odsłoń mi więcej, choć słowem,
mów. (NA COŚ WIĘCEJ CZŁOWIEK JEST ZA SŁABY.)

3
Drogie Niebiosa, nie śmiem pytać. (PYTAJ
I NIE MIEJ OBAW.) Jak spytać pustkowie
o własną pustkę? (NA WSZYSTKO ODPOWIEM, /
CHOĆ NIE USŁYSZYSZ ANI SŁOWA.) Ty tam
w górze, jakkolwiek mam Cię zwać, jakkolwiek
uprościć, pozwól, niech z czegoś odczytam
znak. (TYLKO STUK / WŁASNEGO SERCA.) Rytmem
serca więc, tchu i mrugających powiek
mów mi, co chwilę, że jestem, że jesteś.
(JESTEM.) Nie słyszę. (NIE MA MNIE PRZY TOBIE, /
BO JESTEM WSZĘDZIE.) I przez całą przestrzeń
swoich galaktyk, wirów, mlecznych smug
śledzisz ten okruch snu, wprawiony w obieg,
sam? (BÓG JEST TAKŻE SAM.) Bóg też? (TAK, BÓG.)

wtorek, 31 sierpnia 2010

Stanisław Barańczak "Żeby w kwestii tej nocy była pełna jasność"


Ostatni wiersz z Widokówki z tego świata (1988).


Żeby w kwestii tej nocy była pełna jasność


Ponieważ nigdy nie wiadomo,
czy oczy również jutro z rana
otworzą się, czy bielą stromą
rozwidni się jak co dzień ściana
na wprost; ponieważ wysypana
żwirem alejka szepcze z chrzęstem
czyjś późny powrót i swój banał
dźwięczny gdzieś świerszcz; ponieważ jestem

- jak na sennego - dość świadomy
własnego niezasługiwania
na miejsce w punkcie, gdzie atomy
się zbiegły, i w niezbieżnych planach
planet; ponieważ prócz tykania
sekund przez fosforyczną przestrzeń
tarczy budzika nic nie wzbrania
wdzięcznym być w śnie; ponieważ jestem

- jak na blask gwiazd - dość niewidomy,
aby mi z łaski była dana
zdolność sięgania po kryjomu,
na oślep, w zaczajony na nas
mrok, umiejętność popełniania
wykroczeń poza siebie, przestępstw
przez kordon czaszki, zbrodni trwania
większych niż śmierć; ponieważ jestem

- jak na śmierć - dość żywego zdania
o krwi, tętniącej w skroń rejestrem
łask, nie myśl, że nie jestem w stanie
wierzyć, żeś jest. W to nie wierz: jestem.

sobota, 21 sierpnia 2010

Radosław Kobierski "Zapachy istnienia, po otwarciu szafy"


Lacrimosa Radosława Kobierskiego (ur. 1971) – współtwórcy śląskiej grupy poetyckiej Na Dziko – to, wydany w 2008 roku, tom żałobny, „powódź łez” po śmierci ojca.
Jeden wiersz z tej książki:


Zapachy istnienia, po otwarciu szafy


Zapachy istnienia, po otwarciu szafy
(Gdzie wiszą marynarki, swetry, spodnie),
Cała drogeria poranków, popołudni,

Kremu Nivea, wody kolońskiej. Bardzo odległe
Gamy tytoniu, no i właściwy zapach
Tego, a nie innego człowieka. Siedem dekad

Zawarte w jednej kropli essence absolue.
Otwieram szuflady, wyblakły neseser,
Szafkę z butami, skórzane etui na okulary.

Jak pies, który stracił trop i nie może trafić,
Chociaż wszystko jest po staremu, takie samo:
Ulice, place w mieście, przystanki,

Schody na klatce. I boje się, że któregoś dnia
Wybrzmi ostatni akord albo stracę węch,
I ktokolwiek mi powie, że byłeś, nie uwierzę.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Andrzej Sosnowski na culture.pl

Na stronie culture.pl można obejrzeć piąty odcinek Kwestionariusza Fahrenheita. Tym razem krótki wywiad z Andrzejem Sosnowskim. Poniżej zwiastun:

piątek, 30 lipca 2010

Andrzej Sosnowski "poems"

„You promised me poems”. Obiecane poems to najnowszy tomik Andrzeja Sosnowskiego. Poeta dotrzymał słowa „i co z tego wyszło”? Książka „wciągająca czytelnika w wielopoziomową grę słów, melodii, rytmów i tropów” – odpowiada nam zakładka. „Wciągająca”, ale i pozostawiająca go samemu sobie. Bo, obok utworu Tricky’ego, autor przede wszystkim odsyła do książki, która... nie istnieje (ponoć jedyne dwie o niej wzmianki w sieci to mistyfikacja). Pomocne nie okażą się również wszystkie te pomniejsze odwołania, cytaty (niby dla ułatwienia oznaczone kursywą), linki podane na końcu. poems w ogóle wydają się być śmielszym niż dotychczas miksem obrazów poetyckich, języków, chciałoby się rzec – sampli (i nie tylko na pierwszy rzut, bo przeczytałem to już tyle razy, że niedługo będę recytował). Dlatego pomyślałem, iż nie puszczę Wam jakiegoś wybranego wiersza z tej książki, a „zsampluję” z tych tekstów. Wyciąłem więc poszczególne wersy wedle uznania i pospiesznie je skleiłem w poniższą całość.


Pauza. Wbiega Chór.

*

obiecałem ci wiersze i co z tego wyszło
co było nam pisane monotonna muzo

*

jaki dziwny letargiczny trans

*

pomalutku mówię mój głos ma tyle warstw
sto warstw scenicznych szeptów i uskoków

*

co to za szmer co za noise nic nic

*

wymawiam głoski jak obrzękłe nuty
wyciągam wiersze jak żelazne druty

*

czy mówi tu życie jeszcze swoim głosem

*

niewinnie bez serca i z daleka
doktor caligari recytuje świat
prosimy trochę głośniej
dottore
tu nie warto nawet spać cesare
słońce szybkie jak duch
wyszło świeci zachodzi
nie da się tu zdążyć na sen

albo i śpij cesare w taką noc
a jak długo będę żył dottore
a do białego poranka cesare
(ty zaś trochę krócej alanie)

*

nikt nie wiedział ile poezji mamy w życiu
póki nie zaczęliśmy spieszyć się i kochać
ludzi którzy tak szybko biegną siostro
sygnał satelity zawsze będzie z tobą

*

biegnę do ciebie i tak błogo się rozpadam

*

spytamy o rzekę heraklita o jej dno i zaczepienie

*

śmiech nad rzeką zorzynku i lampiony

*

mówimy pa pa chwilo byłaś raczej piękna
nucąc pa pa pop drodzy zamorscy koledzy

*

i pop się skończył
i jest all time low

*

po prawej jego gwiazda wracała do nocy
jaki był twój ostatni czar astronautko

*

Chór pada na twarz.

czwartek, 29 lipca 2010

Adam Wiedemann "Dobre maniery"


Z Adamem Wiedemannem (ur. 1967) zawsze miałem jakiś problem. I chyba jeszcze nie zdecydowałem, czy go w końcu lubię, czy nie. Bez wątpienia lubi go natomiast Krzysztof Siwczyk. Powiedział on kiedyś o Wiedemannie: „gdyby był tylko i wyłącznie autorem jednego tekstu (...) pozostanie dla mnie jednym z najjaśniejszych punktów na tej mapie poetyckiej, tych wystąpień poetyckich ostatnich dwudziestu już bez mała lat”. Ten jeden tekst, który tak zachwycił Siwczyka, prezentuję poniżej, a pochodzi on z debiutanckiego Samczyka (1996).


Dobre maniery


Jesteśmy wszyscy zbyt uprzejmi Gdybyśmy
byli mniej mniej byśmy się krzywdzili
Wciąż tylko mniej i mniej Dlaczego cię tak mało?
Coś ci przecież zawdzięczam To moje
niedopatrzenie

Wygłupiam się (za dużo
gości na tej imprezie)
Już się nie mogę obudzić To już przeszłość
Przeźroczysta Spójrz na nią Czy mnie widzisz?
Siedzę pod stołem i słucham Pod tapczanem
kałuża atramentu Spójrz: jestem błękitny

Nie ma kogo przepraszać nie ma czego pamiętać
nie ma na kogo patrzeć Ma się zaraz dreszcze
Żyjemy Nie da się ukryć
Ktoś był tak uprzejmy

Kraków, 21.4.95

sobota, 17 lipca 2010

Roman Honet "drzwi dziecinnego pokoju"


Roman Honet (ur. 1974) to główny przedstawiciel tzw. nurtu ośmielonej wyobraźni. Jak stwierdziła moja kobieta: już sama nazwa intryguje i nomen omen ośmiela wyobraźnię. Sam Honet odżegnywał się od tej (krępującej?) szufladki. Niemniej jednak może ona sugerować pewien sposób lektury tych wierszy. I błagam. Nie chcę słyszeć o żadnych „sensach”.
Kawałek z ostatniego tomiku baw się z 2008 roku.


drzwi dziecinnego pokoju


to moje pudło, pełne wyschniętych owadów,
skarbnica, z której mogłyby wypadać gwiazdy,
całe akwaria. to moja, inna od twojej,
ziemia. i drzewo obrotowe na horyzoncie,
i mur cały w czerwieni, pałac zielony
jak gdyby wzniosły go wiecznie chłodne istoty pod wodą – moje
dziedzictwo w barwach, moja rzecz. mówię do ciebie cicho,
cicho jak ślepe dziecko w zagazowanym
parku. to tutaj z sanatoriów mieli wypełznąć mężczyźni,
by błyszczeć i ocalać – tu, o tu
miał być most, burze ważące tyle,
co nitka piany w krwiobiegu. miało być tak jak w trumnie
albo niemym kinie – idealne proporcje
powagi i magii. ale to moja rzecz,
moja rozłąka, bo ona jedna zawsze, od kiedy pamiętam,
biegła przez każde miejsce tego martwego imperium,
moje zwierzęta o zaszytych oczach,
bo wypluwały pokarm na widok pana

piątek, 16 lipca 2010

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki "Upał"


Zawsze uważałem, iż Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (ur. 1962) nie powinno czytać się wierszami, pojedynczo. Moim zdaniem najlepsza lektura to lektura całego tomiku, od pierwszego wiersza do ostatniego. Najlepiej na raz. Inaczej czytelnik nie uchwyci specyficznego nastroju tej poezji.
W tym roku Biuro Literackie wydało wszystkie tomiki Dyckiego w jednej zbiórczej książce, Oddam wiersze w dobre ręcę. Postanowiłem więc przeczytać Dycia od początku, chronologicznie po kolei. Wydaje mi się, że ta książka opowiada pewną spójną historię jednego człowieka. Ponad czterysta stron, dwie dekady wierszopisarstwa, trzysta osiemdziesiąt dwie piosenki i te same wątki, które się rozwijają, powtarzają, przeplatają: choroba matki, imienne śmierci, śmierci przyjaciół, lubaczowski cmentarz, Pan Bóg, homoerotyzm. Obsesyjnie powtarzające się frazy i melodie. Od kilku dni czytam to jak ogromny poemat (jakże przecież wersyfikacyjnie konsekwentny).
Wbrew swoim przekonaniom puszczam Wam tylko jeden wiersz do przeczytania. Potraktujcie go po prostu jako fragment większej całości. Pierwotnie piosenka ta w tomiku Liber mortuorum (1997) otrzymała numer XXIX, wśród wierszy zebranych jest sto czterdziesta. Wybrałem akurat ten wiersz, ponieważ podobno dziś ma być najgorętszy dzień tego lata.


CXL. Upał


płakaliśmy po osiemnastoletniej Bojarskiej
nic nie rozumiejąc z jej osiemnastu lat
pogrzebanych zbyt nagle żeby nie szukać winnych
tej śmierci na pożółkłych fotografiach

wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy iż stoimy
na lubaczowskiej drodze by pochować
Bojarską w skwarze popołudniowego słońca
które wybiegło skądiś i położyło swoje

ręce na otwartej trumience i bawiło się
sobą w uśpionych włosach Helenki
jakże wesoło bawiło się słoneczko w uśpionych włosach
Helenki i zachęcało nas do wejrzenia w głąb siebie

niedziela, 20 czerwca 2010

Justyna Bargielska "Na pasku"


Laureatka Nagrody Literackiej Gdynia 2010 raz jeszcze. Plus fragmencik tekstu Karola Maliszewskiego z "Twórczości":
"Więc po jednej stronie jest świat, a po drugiej słowa, na przecięciu lub przełęczy zaś działają tacy samotni wędrowcy, jak Andrzej Sosnowski czy Justyna Bargielska. Układają długie utwory muzyczne, a w roli dźwięków występują słowa. I gdy się na chwilę zapomni o ich znaczeniu, to wszystko jest w porządku, lecz gdy się jednak nie zapomni, to zaczynają się komplikacje."


NA PASKU


Nikt nie umarł w tym filmie, nikt w nim nie chciał niczego.
Zachrzęściło w pokoiku, więc wstałam sprawdzić,
zainkubowana podopieczna ośmiuset ton bazaltu, twoja mama.
Ktoś dzwonił domofonem
półtorej, dwie godziny, a potem wstukał kod i sam się wpuścił.
Jak grzyb tęczowy na buzi Matki Boskiej,
tak kwitnie samotność, kobieca i ludzka. Gdy nie śnią się stada
utopionych krów, noc lubi przynieść
coraz to głupsze proroctwo, pięć, cztery,
trzy gwiazdki anyżku, które zostały, żeby wyjść i wrócić,
rzucić pieniążek oknem, zrozumieć się telepatycznie.

Dziecko chce się uczyć o wietrze, o prądzie,
a ja mam ze sobą tylko szal zielony,
byśmy sobie mogły poudawać morze.

sobota, 19 czerwca 2010

Justyna Bargielska "Irysowe drzewo"


Dziś po raz piąty przyznano Nagrodę Literacką Gdynia.
Kapituła pod przewodnictwem prof. Piotra Śliwińskiego w kategorii poezja wyróżniła Justynę Bargielską (ur. 1977) za tomik Dwa fiaty.


IRYSOWE DRZEWO


Jeżeli miłość szuka potwierdzenia,
to dzisiaj jest środa. To jest jakiś koszmar,
ten autobus. Jedna ma turkusową czapkę, trzy zęby
i równik w pasie, druga jest na biało, a w wózku śpi niemowlę
z rozszczepem stąd dotąd. Jakiego szukasz potwierdzenia, miłości?

Takiego szukam potwierdzenia, dziewczynko.
Że bierzesz ten autobus razem z tamtą w czapce,
z tą na biało, z tym dzieckiem i z drzewem irysowym.

Rainer Maria Rilke "Bóg zdołał. Ale jakże, powiedz, wąska lira"


Ostatnio delikatnie zwracam się ku poezji niemieckojęzycznej. Pozostawię więc ślady tej rodzącej się fascynacji na Sfereo. Na początek z grubej rury, jeden z najważniejszych poetów języka niemieckiego, Rainer Maria Rilke (1875-1926).
Za największe dzieła poety uznaje się cykle Duineser Elegien oraz Sonette an Orpheus, które Rilke pisał niemal równocześnie. Oba ukazały się w 1923 roku.
Bezpośrednim impulsem do napisania Sonetów do Orfeusza była śmierć młodej dziewczyny, Wery Ouckama, córki zaprzyjaźnionej z autorem Gertrudy Knoop. Cykl składa się z dwóch części. Pierwsza zawiera dwadzieścia sześć wierszy, druga – dwadzieścia dziewięć. Tytułowy Orfeusz jest łącznikiem między światem doczesnym a podziemnym królestwem umarłych. „Śpiew to istnienie”. „A więc poezja to oddech, tchnienie wokół nicości” pisał Mieczysław Jastrun w Posłowiu do swoich przekładów Rilkego.
Puszczam sonet trzeci z części pierwszej.


III


Bóg zdołał. Ale jakże, powiedz, wąska lira
przepuścić ma człowieka, by szedł za nim?
Rozdwojony. Nie wzniesie się nad skrzyżowaniem
dwóch serca dróg świątynia Apollina.

Śpiew, jak nauczasz, nie jest z pożądania,
ani to spełnień jeszcze osiągalnych droga,
śpiew to istnienie. Rzecz łatwa dla Boga.
Lecz kiedy my jesteśmy ? A kiedy On skłania

ku naszym bytom Ziemię, gwiazdy, jutrznie?
To nie to, chłopcze, że kochasz, i jeśli
śpiew rozewrze twe usta, ty zapomnieć ucz się,

żeś zaczął śpiewać. To przemija z biegiem lat.
Inne ma tchnienie głos prawdziwej pieśni.
Tchnienie wokół nicości. Oddech w Bogu. Wiatr.

Mieczysław Jastrun

piątek, 11 czerwca 2010

Andrzej Sosnowski "Wiersz dla czytelnika"


Przepraszam, że znowu Taxi (szczególnie, kiedy chwilę temu wydano najnowsze poems), ale ta książka okazała się być dla mnie czymś naprawdę osobistym.

- Take me to the New Theatre - said the fare. - Which one, sir? - asked the taxy driver. Ładne? To z londyńskiej gazety codziennej, rok 1909. (…) Krzysztof Siwczyk ostatecznie przekonał mnie do rzuconego mimochodem tytułu, kiedy powiedział: - Tak, tak. Człowiek wychodzi w nocy na ulicę i mówi już tylko jedno słowo: taxi! - Jechaliśmy wtedy nocą dobry kawałek drogi taksówką z Mikołowa do Gliwic i ta uwaga wydała mi się jakoś ogólnie i sytuacyjnie bardzo trafna, a nigdy wcześniej o czymś takim nie pomyślałem. Taxi jest więc pod szyldem Take me to the New Theatre (Which one, sir). Taxi to są też pewnie jakieś chwilowe stancje…”
(A. Sosnowski, Dziewczynka z zapałkami i bez (parrhesia), rozmawiała J. Fiedorczuk, tutaj)


Wiersz dla czytelnika


Zamglone jezioro. W drodze nad zatokę
mieliśmy deszcz na twarzach i poziomki w ustach.
Nic nie chciało się przetrzeć. Rzęsiste horyzonty.
Zapadał wieczór, zrywając czarny brezent.

Z czasem księżyc. Obok szkielet ryby,
czyli chmura, ale promienna jak ażurowy abażur.
A potem arkosolium w ścianie leśnego bunkra,
do którego prowadził nasz poziomkowy okop...
nie, to zbyt piękne. Inscenizowane
w chińskich półcieniach specjalnie dla ciebie.
Nie przygryzaj warg. Masz już krew na ustach.
To od tych poziomek. Chodźmy, nic tu nie ma.

Zorzynku. Co miałoby być, prócz tego, że nic?
Pamiętam deszcz kodów kreskowych w oczach,
kiedy zmieniłem cię w ćmę. Żegnaj.
Jak kokardka dymu wiążesz mi światło latarki,
miotasz się jak szalona i wpadasz w moje włosy.
W moich włosach nie ma schronienia dla ciem,
ćmo, moje włosy to piekło, ryzykowna przystań,
czarna matnia, Meduza, hańczańska rosiczka.
Teraz patrz. To hienady. Miej ostatnie słowo.

sobota, 5 czerwca 2010

Bohdan Zadura "Radość pisania"


W krótkim filmie na YouTube Bohdan Zadura, zanim sparafrazował fragment niniejszego wiersza, powiedział:
„Literatura nie służy do zmieniania świata i nikogo nie obchodzi”.

Kawałek z Prześwietlonych zdjęć (1990), tomiku którym zachwycali się chłopaki w komentarzach gdzieś pod spodem.


RADOŚĆ PISANIA


W Pécel u Ervina Lazara (Biały tygrys,
W-wa 1974, Współczesna Proza Światowa)
a właściwie u jego ojca (osiemdziesiąt parę lat
gdyśmy przyjechali przygotowywał właśnie farsz do naleśników)

pomyślałem czemu by do niezbyt licznych przyjemności życia
nie dodać przyjemności pisania wierszy Jak anachroniczny
był ten pierwszy i jedyny nowoczesny polski poeta
Syn minie pismo lecz ty spomnisz wnuku

Tyle lat stresów załamań i rozterek
przejmowania się ogólnymi zdaniami Uśmiechasz się
Pisać dla wnuków? Jeśli się nie jest dziadkiem?

Lubię to co potrafię I chciałbym
by to co potrafię cieszyło tych których lubię
(nie zamieniłbym ich na klasę naród ani ludzkość)

Farsz jest z kapusty maku sera Prześwituje
przez ciasto cienkie jak pergamin

Andrzej Sosnowski "Wiersz (Trackless)"


Wciąż czytam Taxi i jeszcze mną rzuca.




Wiersz (Trackless)


Wiersz traci pamięć za rogiem ulicy
W czarnym powietrzu brzmią wołania straży
Szukałem siostry i nie mogłem znaleźć
Nie miałem siostry więc nie mogłem szukać

Nie miałem siostry jak sięgnąć pamięcią
Wstecz wzdłuż ulicy której dawno nie ma
W naszej okolicy zgubi się w podwórkach
Nie zna białego ranka Pije w suterenach

Marzy godzinami przy murku śmietnika
Moje ciemne powieki ciężkie są od wina
Wiersz wychodzi z domu i nigdy nie wraca
Wiersz nie pamięta domu którego nie było

Dla tej ciemnej miłości dzikiego gatunku
Wstecz wzdłuż ulicy której dawno nie ma
Idzie bez pamięci i znika bez śladu
Nie ma wiersza pamięci siostry ani domu

poniedziałek, 24 maja 2010

Bohdan Zadura "Sonet ten kwiat sztuczny"


Zanim Bohdan Zadura (ur. 1945) „wyciągnął dla siebie wnioski z lektury Ashbery'ego”, zanim wydał przełomowe tomiki Zejście na ląd oraz Starzy znajomi, dzięki którym jego twórczość stała się prekursorska względem poezji lat 90-tych , pisał on wiersze dosyć „klasycystyczne”. Także puszczam wiersz zupełnie niereprezentatywny dla tego poety. Pochodzi on z drugiego tomiku poety Podróż morska (1971). Według mnie próba filozoficznego wprost ujęcia poezji.


SONET TEN KWIAT SZTUCZNY


Niechaj inny kwiat dzisiaj twe włosy rozwiewa
Niechaj na niebo inne twoje oczy patrzą
Niechaj inne twym stopom cień rzucają drzewa
Niechaj noc mnie pogodzi z jawą i rozpaczą

Pospiesznie niech się składa ten kwiat sztuczny sonet
Gdy forsycja się pieni w księżycowym świetle
Gdy wiem co znaczy marznąć wtedy kiedy płonę
Gdy niebo jest zarówno i niebem i piekłem

A skoro morze z brzegów swoich nie wystąpi
Skoro księżyc w ocean choć pragnie nie wstąpi
Chociaż składa się sonet przecież mam nadzieję

Że zginie kwiat ów sztuczny wraz z nocy odsłoną
Że księżyc mi cię odda że już teraz dnieje
Że nie wiersze lecz włosy żywym ogniem płoną

poniedziałek, 17 maja 2010

Jacek Gutorow "Życie zwierząt"


Pod Sosnowskim zawiązała się mała dyskusja na temat Jacka Gutorowa (ur. 1970). Puszczam więc jeden z wierszy najnowszych z tegorocznego zbioru autora, Nad brzegiem rzeki (1990-2010).
Jako przystawka, fragment "instrukcji obsługi" Gutorowa do tegoż wydawnictwa:
"Czym jest dobry wiersz? Nie wiem. W pierwszej chwili miałbym ochotę odpowiedzieć, że konstytutywną cechą dobrego wiersza jest odporność na wszelkiego rodzaju parafrazy i próby jego objaśnienia. Wyobraźmy sobie, że mamy za zadanie streszczenie wiersza prozą, i to prozą możliwie klarowną, logiczną i jednoznaczną. Czyż nie to próbują robić często recenzenci i autorzy omówień? Otóż sądzę, że dobry wiersz jest właśnie tym, co nie poddaje się takiemu streszczeniu. Jest nazbyt niejednoznaczny, aby można go było sparafrazować. Zresztą po co silić się na wiersz, jeśli to samo można powiedzieć wprost? Wiersz rozbrzmiewa, ale nie potrafimy powiedzieć, w którym kościele dzwonią. Raczej zdajemy się na tekst niż go tłumaczymy. Bo tak naprawdę chodzi nie tyle o relację świadomości do sensu, lecz na poły erotyczny stosunek, w którym drugą stroną jest to coś, do czego sens słów nawiązuje. A więc dotyk i bezpośredniość, choć zarazem brak jasności i wieczna prowizorka."

Życie zwierząt


Jednym ruchem zmarnować tyle życia osiadłego na gałęziach
i w mrokach jaskiń, dokąd docierała najlżejsza myśl
tworząca pajęcze konteksty zdarzeń we wnętrzu czerpanej zieleni.
To mogły być mchy, a więc czułość na światło,
szorstkie powietrze łapiące oddech i nie pozostawiające miejsca
na inne doznania, które zwiemy nazbyt dosłownie egzystencją.
Bo w tym spojrzeniu lub tamtym odruchu
człowiek nie odnajdzie się do końca – raczej zabłądzi w domysłach
i będzie snuł przypuszczenia przez cieniutką słomkę lub szparę pod
drzwiami.
A potem dosięgną nas kalekie melodie, bez których nie bylibyśmy sobą,
tak jak nie byliśmy sobą w żadnej znanej tonacji
czy nawet w podrygiwaniu kończyn,
ich wzajemnej, niekończącej się asymetrii.

sobota, 15 maja 2010

Andrzej Sosnowski "Jak zegarek pod poduszką"


Nic ważniejszego ostatnio się nie wydarzyło: Sosnowski mnie rozwalił!
Andrzej Sosnowski (ur. 1959), poeta osobny, osobliwy, dziwny i – co do tego nie mam wątpliwości – genialny. Moje największe odkrycie – obok Paula Celana – najbliższego minionego czasu.
Puszczam teskt (z tomiku Taxi; znajdziecie go również w zeszłorocznym zbiorze Pozytywki i marienbadki) oraz puszczam recytację samego autora.



Jak zegarek pod poduszką


Więc spróbujmy wypełnić aplikację. To błąd,
ale gwiżdżemy na błędy. I wtedy błędy przybiegają
i odbiegają jak niepyszne, wzniecając tumany kurzu,
całymi stadami, bez inkryminowanego przewodnika.

A potem zanikają w istocie jako gatunek wymarły.
A człowiek dziś, cóż, bez filmu, bez radia, bez gazety.
Człowiek pełen różnych monotonnych właściwości.
Mówisz ty, mówię ja, dzięcielina pała

i sprawdzają się najpiękniejsze metafory.
Sklepy robią się przestronniejsze niż lotniska.
Bohr? Speer. Spójrz na te sklepienia, firmamenty.
Wielka bania z poezją. Chwytliwa drezdenka.
Piersi wolności w epokowych reklamówkach
jakby specjalnie wyprofilowane pod Bohdana.

A tu jest papuga w odbiorniku i naśladuje kantorek.
Proszę o troje paciorek. Proszę o troje paciorek.
Coś mi świta.
Life's a gas, nucisz i śmiejesz się do świętojańskich stoisk.
I do mean babe, odpowiadam, bo nie jesteśmy tacy młodzi.
Musimy od kogoś pożyczyć na papugę.
Telewizor podrzucimy w domu dziecka.

Najlepiej jest jednak zaatakowane przedmioty spalić.

Wydłubiemy ze środka papugę, sprzedamy kantorek,
sprzedamy paciorek, sprzedamy kontenerek szkiełek,
złotych nitek, miedzianych drucików, zielonego pierza,
taśmy magnetycznej z kontyngentem szlagierów... i

banieczka? A jednak skrzynia z papugą zaczyna nam
ewoluować, demoniczne biureczko strzela szufladkami.
Kołatek wyrywa się na wolność!
Więc hop na kołatka
i chodu.

wtorek, 4 maja 2010

Józef Czechowicz "ta chwila"


Po kiego diabła poeci rezygnują z interpunkcji w swojej twórczości? Tym problemem zajmiemy się dziś w studio. Głos oddajemy profesorowi Michałowi Głowińskiemu: „W ich twórczości (...) jakże często rezygnacja ze znaków przestankowych jest tylko manierą, za którą nie kryją się głębsze sensy. A rezygnacja ta musi być poetycko umotywowana, trzeba być świadomym korzyści, jakie z niej płyną dla budowy i znaczenia poematu”. A zostawiając większość, może przykład jakiegoś poety, u którego brak interpunkcji pełni właśnie jakąś istotną fukcję? „Czechowicz potrafił z niego wyciągnąć konsekwencje: nie jest to ozdobnik czy ukłon w stronę mody, ale jeden z czynników organizujących tę poezję, a także – jeden z komponentów jej oryginalności”. Dobrze, puśćmy więc jakiś kawałek Czechowicza. Niech to będzie coś z tomiku Nic więcej z 1936 roku. Mamy tu pewien potok słów... „Głównym celem usunięcia interpunkcji jest spotęgowanie wieloznaczności wiersza. (...) Czytelnik nie jest tu biernym odbiorcą, ale współuczestnikiem procesu twórczego, który dokonuje wyboru wśród tych możliwości, jakie stworzył dla niego poeta”. Dziękujemy panu profesorowi. Ze swojej strony pragniemy jeszcze zwrócić Państwa uwagę na kolory. Do następnego!


ta chwila


ręko smagła otwórz okno z podwórka utocz
i nalało się jak w dzbanek soku godzin zimnych
oddech gęstwin równomierny deszczu tupot
przyśpiew rynny

to jest w kuchni dom na pradze niedaleko remiz
tramwajami co za czerwień ulice się dławią
a zły odblask bije po zorzach kamiennych
i deszcz i deszcz i deszcz i deszcz i deszcz

oczy patrzcie senna topiel szyby w siwym deszczu
tęczy szabla kropel magia chmur ciężkie delfiny
upadają na twarz ziemi cieniem wieszczym
srebrnym hymnem
srebrnym hymnem deszcz i deszcz i deszcz i deszcz



Głowiński M., Kunszt wieloznaczności, w: "Pamiętnik literacki" 1970, z. 3, s. 129-141.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Piotr Sommer "Niedyskrecje"


Festiwal poetycki „Port Wrocław” w ciągu piętnastu lat urósł do rangi chyba najważniejszejgo wydarzenia tego typu w Polsce. Tym bardziej nagrody rozdawane podczas imprezy zdają się być istotnie prestiżowe. W sobotę poznaliśmy laureata tegorocznej statuetki Silesius za całokształt twórczości. Został nim Piotr Sommer, jeden z moich Mistrzów. Doskonała okazja na wpis.
W zeszłorocznym tomiku poety Dni i noce znalazł się wiersz zatytułowany Ulubione kawałki. Puszczę więc jeden z takich. Pochodzi on z kultowego Czynnika literackiego z 1986 roku. Jako że mój blog miał w pewnym sensie naśladować radio, chciałoby się rzec: „Przed Państwem nieśmiertelny przebój Piotra Sommera”.


NIEDYSKRECJE


Gdzie jesteśmy? W ironiach
których nikt nie chwyci, krótkotrwałych
i nieakcentowanych, w trywialnych pointach
które kwintują metafizykę niedorzecznym
detalem, w piątku, co wypada
na piątego listopada, w mnemotechnice dni.
Można dać przykład i można to przyjąć
na wiarę, kocią łapę na gardle.

I lubi się jeszcze pewne słowa i te, za przeproszeniem,
składnie, które udają, że coś je ze sobą łączy.
W tych międzysensach zawiera się cały człowiek,
włazi tam, gdzie widzi trochę miejsca.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Julian Tuwim "Czterdzieści wiosen"


Julian Tuwim (1894 - 1953) nie zgadzał się z myślą, iż to metafora jest zasadniczym elementem poezji lirycznej. Według Skamandryty najważniejszy miał być rytm.
"Słowa istnieją same przez się i dla siebie samych, a nam pod ich dźwięki, jak pod nuty, wpisywać wolno teksty uczuć i obrazowań, albo też chłonąć samą eufonję, której składniki alliteracyjne narastają na przebiegu rytmicznym wiersza, dając w rezultacie dwuwymiarowe zdarzenie estetyczne. "Sens", "treść" - te czynniki byłyby wymiarem trzecim. Naszą dźwiękową apercepcję każdego utworu poetyckiego dałoby się tedy przedstawić w trzech etapach. Pierwszy, to sama linja rytmiczna jakiegoś faktu poetyckiego. (...) Drugi, to płaszczyzna, która powstaje przez ruch linji. Uruchamia ją zjawienie się grup dźwiękowych, obrastających ją niejako zestrojem samogłoskowych i spółgłoskowych pierwiastków. (...) Wreszcie etap trzeci, gdy dwuwymiarową płaszczyznę glossolaliczną wprawia w ruch czynnik treści".

Źródło:
Julian Tuwim, Atuli mirohłady, w: "Wiadomości literackie" 1934, nr 31 (558), s. 3.



CZTERDZIEŚCI WIOSEN


Wezbrało czterdzieści wiosen
Jak czterdzieści zielonych rzek
W jeden prąd, w jeden nurt, w jeden bieg,
I porwało rozrosły mój wiek.

Czterdzieści huczących wiosen,
Spienioną powódź młodości
Śpiewającą majowym głosem,
Wzdęte łożysko miłości
Niesione wiosennym patosem
Z korzeniami drzew,
Z odłamkami strzaskanych wioseł,
Z dartą na strzępy grzywą,
Którą na stracenie
Dał wiośnie jakiś srebrny rozbryzgany lew,
I zielony chaos leśnych trzew,
Rwanych wesołym wichrem krwi nieposkromionej
(Zielona, smolista krew!),
I pnie, jak kły wyrwidębów, i wykroty,
Strugi, strumienie, wiry i zawroty -
Wszystko, wszystko
Na grzbiecie fal
Wezbranych czterdziestu wiosen,
Tańcząc jak łódka na morzu, zdębionych
Ostrogami jednego pragnienia,
Wszystko, wszystko
Jednej ciemnej chwili niosę,
Jednej chwili, wyciśniętej z rdzenia
Moich czterdziestu wezbranych wiosen.


P.S. Wiersz pochodzi z tomiku Treść gorejąca z 1936 roku.

środa, 14 kwietnia 2010

Julian Przyboś "Chwila"


Julian Przyboś (1901-1970) został zapamiętany jako wybitny przedstawiciel Awangardy Krakowskiej oraz mistrz metafory. I tę rzeczywiście frapującą metaforykę widać doskonale w przytaczanym dziś kawałku. Zwróćcie uwagę, na jakiej zasadzie te obrazy zostały zbudowane i jak się ze sobą łączą. Jeszcze jedna rzecz. Uważa się, iż Awangardzisći tworzyli poezję „do czytania”, co podkreśla tym bardziej opozycję do Skamandrytów, poetów brzmiących raczej. Jednak Przyboś w tym wierszu realizuje pewną wyraźną muzyczność. Słychać to przede wszystkim w pierwszej strofie.
Utwór pochodzi z tomiku W głąb las z 1932 roku.


CHWILA


Leżę opryskany jaskrami na trawie.
Jak jętki drgają nad stawem rojne iskry upału.

Spoglądnę, ze wzroku rozwinę
kwiat : dmuchawiec
w błękit się wzbija.

W powiewie zapachu
ginę
i jednodniowy mijam.

środa, 7 kwietnia 2010

Paul Celan "Piętno"


Czyżby rodziła się "moda" na Celana? Kiedy bardzo niedawno temu zapoznano mnie z jego twórczością, czułem, że odkryłem Amerykę. Tymczasem obok mnie, kawałki poety puszczał ostatnio kolega Zekas na swoim blogu. Jakkolwiek najbardziej zaskoczono mnie właśnie dziś. Przyznam, że zaszedłem do empiku celowo, z nadzieją, iż na swoim miejscu leży już świeży numer "Literatury na Świecie". Cóż za niespodzianka! Zgadnijcie nad czym pracował ostatnio zespół Piotra Sommera. Tak. Na okładce widnieje nazwisko Celana, obok austriackiej pisarki, Ingeborg Bachmann. Oprócz całkiem sporego wyboru wierszy, w nowym "LnŚ" opublikowano ponadto słynną mowę poety z okazji otrzymania Nagrody Georga Büchnera, korespondencję z żoną, czy szkice śledzące znajomość Celana z Bachmann (oparte m.in. również na listach), jeszcze kilka innych rzeczy. Chwileczkę. Miłość Celana i Bachmann? Czeka mnie dziś kawał ciekawej lektury.
A co z tą "modą"? Może takiemu niedowiarkowi jak ja ciężko będzie w to przyjąć, ale coś wisi w powietrzu. Cieszymy się (mimo wszystko).
Puszczam jeden z kawałków Paula Celana z najnowszej "Literatury na Świecie" (nr 1-2/1010). Tytuł oryginału brzmi Brandmal.


Piętno


Leżeliśmy już bez snu, bo w zegarze smutku,
i zginaliśmy wskazówki jak różdżki,
i odskakiwały, biczowały czas do krwi,
i mówiłaś rosnącym półmrokiem,
i dwanaście razy rzekłem "ty" do nocy twoich słów,
i ona się otwarła, tak została,
i do jej łona przytknąłem oko, drugie wplotłem ci we włosy,
i oba związałem lontem, otwartą żyłą,
i nadpłynął młody błysk.

Jakub Ekier

środa, 31 marca 2010

Paul Celan "Fuga śmierci"

Orkiestra grająca "Tango śmierci" w obozie Janowskim, Lwów, ok. 1942.
Zdjęcie z dziewiątego numeru "Krasnogrudy".

Todesfuge (Fuga śmierci) to niewątpliwie najpopularniejszy utwór Celana. Powstał prawdopodobnie w roku 1945, być może w 1944. Pierwszy raz w wersji rumuńskojęzycznej pod tytułem Tangoul mortii (Tango śmierci) opublikowany został na łamach dziennika Contemporanul z 1947 roku. W oryginalnej, niemieckojęzycznej Fuga śmierci światło dzienne ujrzała w 1948 roku, wchodząc w skład tomu Der Sand aus den Urnen (Piasek z urn). Natomiast swoją sławę zdobywać zaczęła wraz z tomikiem Mohn und Gedächtnis (Mak i pamięć) z 1952. Fuga śmierci, ale też inne wiersze z tej książki, zdaniem Claire Goll miały być plagiatem utworów jej męża, poety Yvan Goll z tomu Traumakraut (1951). Zarzut był oczywiście chybiony, aczkolwiek zrodziła się z tego większa afera, która swoje odcisnęła na Celanie.
Utwór dotyczy autentycznych zdarzeń związanych z Holokaustem. W kilku nazistowskich obozach śmierci, w Lublinie, obozie Janowskim, ale też w Auschwitz, część skazanych była zmuszana przez hitlerowców do grania tzw. „Tanga śmierci”, gdy tymczasem inni więźniowie mieli kopać groby.
Sama konstrukcja tekstu przypomina zasady kompozycji muzycznej fugi.


FUGA ŚMIERCI

Czarne mleko świtu pijemy je w wieczór
pijemy w południe i rano pijemy je nocą
pijemy pijemy
kopiemy grób w przestworzach nic w nim nie uwiera
Mieszka w domu mężczyzna igra z wężami i pisze
pisze o zmierzchu do Niemiec twe włosy złote Margareto
napisał wychodzi przed dom iskrzą się gwiazdy gwiżdżąc zwołuje swą
sforę
gwiżdżąc zwołuje swych Żydów każe im grób kopać w ziemi
rozkaz wydaje nam zagrajcie do tańca

Czarne mleko świtu pijemy cię nocą
pijemy cię rano w południe pijemy cię w wieczór
pijemy pijemy
Mieszka w domu mężczyzna igra z wężami pisze
gdy zmierzcha pisze do Niemiec twe włosy złote Margareto
Twe włosy popielne Sulamito kopiemy grób w przestworzach nic w nim
nie uwiera

Woła głębiej wbijcie się w glebę hej wy tam a wy tam grajcie
śpiewajcie
sięga po żelazo za pasem wywija nim jego oczy niebieskie
szpadlami wbijcie się głębiej hej wy tam a wy tam grajcie dalej do
tańca

Czarne mleko świtu pijemy nocą
pijemy cię w południe i rano pijemy cię w wieczór
pijemy pijemy
Mieszka w domu mężczyzna twe włosy złote Margareto
twe włosy popielne Sulamito igra z wężami
Czulej śmierć swą grą wzywajcie śmierć jest mistrzem z Niemiec
woła ciemniej ciągnijcie smyczki wznieście się z dymem w powietrze
znajdziecie swój grób w obłokach nic w nim nie uwiera

Czarne mleko świtu pijemy cię nocą
pijemy w południe śmierć jest mistrzem z Niemiec
pijemy cię wieczorem i rankiem pijemy pijemy
śmierć jest mistrzem z Niemiec jej oko niebieskie
i trafi cię kulą z ołowiu i trafi cię celnie
Mieszka w domu mężczyzna twe włosy złote Margareto
i sforę swą na nas szczuje i daje nam grób w przestworzach
igra z wężami i śni śmierć jest mistrzem z Niemiec
twe włosy złote Margareto
twe włosy popielne Sulamito

Piotr Lachmann

(tłumaczenie Stanisława Jerzego Leca >>> tutaj)

Bibliografia:
Wichner E., Wiesner H., Zaplot metafor: od "Tęcz" Rose Ausländer do "Fugi śmierci" Paula Celana, przeł. L. Szaruga, w: "Krasnogruda", 1998 nr 9, s. 80-86.
Todesfuge [online]. [dostęp: 31 marca 2010]. Dostępny w Internecie: http://de.wikipedia.org/wiki/Todesfuge

Paul Celan "Jak wyżywasz we mnie"

JAK WYŻYWASZ WE MNIE swoją śmierć
nawet ostatnim
zdartym
suple tchu
tkwisz jedną
drzazgą -
życiem.

Jakub Ekier

czwartek, 25 marca 2010

Paul Celan "Nocą spowite"


Paul Celan (właściwie Paul Anczel) urodził się 3 listopada 1920 roku w żydowskiej, niemieckojęzycznej rodzinie w Czerniowcach, stolicy Bukowiny (wówczas Rumunia). Jakiś czas studiował medycynę we Francji, lecz przed samym wybuchem wojny wrócił do rodzinnego miasta by podjąć studia na wydziale literatury i języków. W 1941 roku Czerniowce znalazły się pod nazistowską okupacją. Cała rodzina Celana zamieszkała na terenie getta. Wkrótce rozdzielono poetę z rodzicami. Ich wysłano do obozu zagłady, on sam trafił do obozu pracy. Po roku udało mu się uciec. Resztę życia spędził praktycznie w Paryżu. Jego stan psychiczny stopniowo się pogarszał. Do końca cierpiał na okresowe stany depresji. Mimo wszystkiego, co udało mu się przeżyć, wiosną 1970 roku popełnił samobójstwo, rzucając się do Sekwany.
"Tylko jedna rzecz pozostała osiągalna, bliska i bezpieczna w obliczu wszystkiego, co utraciłem: język" stwierdził Celan w swym przemówieniu w Brenie w 1958 roku. Jego twórczość stanowi rzecz ściśle hermetyczną. Nie tylko, że nie udało się jej nigdzie zaszufladkować, ale sam język tej poezji funkcjonuje na granicy komunikatywności.
Wiersz pochodzi z tomiku Von Schwelle zu Schwelle (Od progu do progu) z 1955 roku. Tytuł oryginalny brzmi Nächtlich geschürtz.


NOCĄ SPOWITE

dla Hannah i Hermanna Lenza

Nocą spowite
wargi kwiatów,
na krzyż i w splocie
szczyty sosen,
posiwiały mech, poruszony kamień,
pobudzone do lotu w nieskończoności
kawki ponad lodowcem:

to okolica, gdzie
spoczynek mają przez nas dopędzeni:

nie nazwą tej godziny,
nie policzą ptaków,
nie pójdą za wodami do falochronu.

Stoją osobno w świecie,
każdy przy swojej nocy,
każdy przy swojej śmierci,
szorstko, z odkrytą głową, zakrągleni
bliskim i dalekim.

Spłacają winę, ożywienie ich początku,
spłacają temu słowu,
co trwa niepoprawnie jak to lato.

Słowo - no wiesz:
takie zwłoki.
Daj nam je umyć,
daj nam je czesać,
daj nam ich oko
zwrócić ku niebu.

Feliks Przybylak

środa, 24 marca 2010

Piotr Sommer "Taksówka"

TAKSÓWKA


To lato naprawdę mogło nie mieć końca -
matka żyłaby wiecznie.
Na moście oddychał jeszcze południowy wiatr.
Liście mijanych topól z końcem września
dyskretnie wskazywały północ.
Na Rondzie czas, przymocowany do budynku,
bezgłośny, o przezroczystej twarzy, rozkładał ręce
w linii nieomal prostej: krótsze ramię
wyciągnięte było w stronę chmur,
dłuższe wyznaczało obroty ciał przyziemnych
białych i czerwonych ciałek miasta -
było po w pół do pierwszej.

W opustoszałej poczekalni niosło się echo życia -
i tego dnia wszystko się jakoś ułożyło.
Na plakaciku ściennym
wisiało serce w kształcie kropli krwi.
Wbiegłem na górę, ale za oknem, w koronach drzew,
wylew czerwieni rysował się dopiero
na liniach papilarnych liści, a pod nogami
nie wzbierał szelest powodzi.
Ale zbiegając na dół byłem zupełnie mokry
i rozgarniałem powietrze jakbym płynął.

poniedziałek, 22 marca 2010

John Ashbery "Późne echo"

"Acrobats" (1972): kolaż autorstwa Johna Ashbery'ego

John Ashbery
za młodu chciał być malarzem surrealistycznym. Przez kilka lat chodził nawet na zajęcia, gdzie malarstwa się uczył. Pędzel rzucił, gdy dostał się na Harvard. Niemniej jednak zainteresowania sztukami plastycznymi w poecie nie umarły. Mieszkając dziesięć lat w Paryżu, pisał krytykę o sztuce dla "Herald Tribune", później w Nowym Jorku robił to samo m.in. w "Art News", tygodniku "New York", czy "Newsweeku". Wprost musiało się to odbić na poezji naszego bohatera. Malarstwo w wierszach Ashbery'ego jest wszechobecne, aczkolwiek wcale nie czyni to z jego kawałków dzieła plastycznego, utworów, które podziwia się okiem. Znamienny wpływ na autora miała także muzyka. Zasłuchiwał się on w Ferruccio Busonim, czy Johnie Cage'u, ale i posiadał elementarną wiedzę teoretyczną. Dajmy na to, charakterystyczna wydłużona składnia w wierszach Ashbery'ego to cecha zaczerpnięta zdaje się z muzyki właśnie. Pisarz doskonale zapamiętał uwagę Henry'ego Cowella, którą usłyszał na wykładach kompozytora w New School, iż interwały stają się dłuższe, w miarę jak muzyka robi się bardziej wyrafinowana. David Shapiro pisał w swoim opracowaniu: "W wielu kompozycjach złożonych z szeregu części nie da się w gruncie rzeczy przewidzieć następnego dźwięku i właśnie ta niepewność jest wspaniałą cechą utworów samego Ashbery'ego". Poezja Ashbery'ego nadaje się więc zdecydowanie do słuchania.
Kawałek pochodzi z tomiku As We Know (1979), a jego oryginalny tytuł brzmi Late Echo.


PÓŹNE ECHO

Sam na sam z własnym obłędem i ukochanym kwiatkiem
Widzimy, że naprawdę nie ma już o czym pisać.
A raczej, że trzeba pisać o tych samych starych sprawach
W ten sposób, powtarzając w kółko to samo
Żeby miłość mogła trwać dalej i zmieniać się stopniowo.

Trzeba wiecznie na nowo badać ule i mrówki
I setki razy kłaść kolor dnia
I zmieniać go z lata na zimę
Aby zwolnił do tempa jakiejś prawdziwej
Sarabandy i tam przycupnął, żywy i nieruchomy.

Dopiero wtedy to chroniczne rozkojarzenie
Naszego życia będzie mogło owinąć się wokół nas, udobruchanych
I z jednym okiem wlepionym w tamte długie cienie z brązowego pluszu
Przemawiające tak głęboko do naszej nieprzygotowanej wiedzy
O nas samych, te gadatliwe maszyny naszego czasu

Piotr Sommer


P.S., Jak dobrze, że przekładem wierszy Ashbery'ego na język polski zajął się Piotr Sommer, gdyż jest on również bardzo muzycznym poetą.


Wiedza pochodzi z:
"Literatura na Świecie", 1986 nr 7 (180) (tu: wywiad Piotra Sommera z Ashberym, artykuły Davida Shapiro i Leslie Wolf).

piątek, 19 marca 2010

John Ashbery "Chaos"


To czysty przypadek, iż ostatnie wpisy dotyczyły cummingsa, a od kilku dni czytam Ashbery'ego. Proszę nie wiązać faktu, że tych dwóch poetów puszczam obok siebie. Bo mogłoby się wydawać, iż to osobistości - pod pewnymi względami - dosyć podobne. Wszak obaj byli silnie związani z Nowym Jorkiem, obaj malowali i miało to odbicie na ich tekstach, do obydwu przyczepiła się łatka "awangardzistów". Ale w dwóch przypadkach jest to zupełnie inny Nowy Jork, malarstwo przejawiało się w kompletnie inny sposób, tak samo jak owa awangardowość. Zresztą Ashbery nie lubił poezji cummingsa.
John Ashbery (ur. 1927) za młodu chciał być rzeczywiście malarzem. Ale został poetą. Chciał się w poezji bawić. I został najsłynniejszym przedstawicielem tzw. szkoły nowojorskiej (choć akurat u nas zdecydowanie lepiej przyjął się Frank O'Hara, wiadomo), a to przez zdobycie kilku znaczących nagród, w tym Nagrody Pulitzera.
Kawałek pochodzi z tomiku Some Trees z 1956 roku.


CHAOS

Nie proś bym tam znowu poszła
Biel jest zbyt bolesna
Lepiej o tym zapomnieć
mówiła śpiąca rzeka do czuwającego brzegu

Kiedy po raz pierwszy przeciągnięto druty
w poprzek pola
powietrze osiadło powoli
na rozlewiskach
Niebieskie lustro zabłysło
Wtedy kogoś przeraziły rozlewiska
Czy nie mógłby ktoś ściągnąć niebo w dół
By się dość uzbroić
Światło wzeszło
Płynny ruch

W końcu półmrok który nie ochroni liści
Śmierć która nie próbuje krzyczeć
Czarne buki
Dlatego posłałem ci czarną kartkę co nigdy nie ogłuchnie
Dlatego brzeg ponagla studnię
Biel biega w jej wgłębieniach
Rzeka prześlizguje się pod naszymi snami
lecz brzeg płynie ciszej

Agata Preis-Smith